|
Tekst jest oryginalnym dziełem. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje jedynie po konsultacjach z autorem. rad_zubr@yahoo.com www.radoslawzubrycki.com .www.blackwhitearchitecture.com
autor: Radoslaw Zubrycki – architekt, poeta, pisarz
[ Tekst opublikowany bez korekty redaktorskiej ]
Z cyklu ‘ Codzienność w Belfaście ‘
‘ Opowieść wigilijna ‘
Był grudniowy, mroźny wieczór. Wracałem właśnie z firmowej wigilii. Byłem rozanielony, wyluzowany, trochę pijany, a trochę wypełniony bezkrytycznym poczuciem wolności. To tylko kilkanaście dni przerwy, a nie wiadomo, czemu człowiek czuje się, jakby już nigdy miał nie pracować. Ulice zalegała cienka warstwa białego puchu. Migoczące światło latarni przemykało między czarnymi konarami drzew na Mount Charles. Puste, o tej porze, biura ulokowane w wiktoriańskich kamienicach straszyły ciszą i wyludnieniem. Idąc tą drogą ciężko było się zorientować, że to wciąż przecież centrum miasta. Śnieg zaległ ulice, chodniki i nieliczne pojazdy. Biała powłoka, stylizowane latarnie i skrawek księżyca na chwile zamieniły ten zapomniany kawałek miasta w nieznośnie romantyczny obrazek z początku XX wieku. Może pocztówka, a może wątek z historii o dr Jacylu i Mr Hydzie. I może nie dziwiłbym się specjalnie, gdyby nie świadomość, że to Belfast.
Z daleka dostrzegłem, że jedynym pojazdem, jaki został na parkingu był ten mój. Jego sylwetka wyraźnie kontrastowała z pustką ulicy. Podszedłem bliżej, otworzyłem drzwi. Wewnątrz panowało nieznośne zimno. Zapaliłem silnik i wyszedłem na zewnątrz oczyścić szyby. Dopiero wtedy, a może właśnie wtedy dotarło do mnie, że wcale nie jestem sam w tym wyludnionym miejscu. W oddali, na schodach jednego z budynków siedział człowiek. Nie to jednak skupiło moją uwagę. Tuż obok niego, w chłodnej bieli świeżego śniegu świeciła się zielona butelka. Jej charakterystyczny kształt i zielonkawy blask nie pozostawiały wątpliwości. ‘ To stary dobry Leszek ‘ przemknęło mi przez głowę. ‘ Nasi tu byli ‘ pomyślałem podekscytowany. Stałem tak chwilę nie bardzo wiedząc, co zrobić. ‘Lech’ w tym klimacie, to rzadkość, podobna jak śnieg, który wyścielał ulice. Zamknąłem drzwi auta i patrzyłem w stronę zjawy. Na wyludnionym parkingu, na tle opustoszałych kamienic, w pomarańczowym świetle latarni, w ten zimowy przedświąteczny wieczór naprawdę siedział człowiek. I może nie dziwiłbym się tak bardzo, gdyby nie to, że jak okiem sięgnąłem na świeżym śniegu nie widziałem jego śladów. Wahałem się jakiś czas, nie mogąc się zdecydować, czy więcej jest we mnie chrześcijańskiego miłosierdzia, czy może zdrowego rozsądku. Zwyciężyło oczywiście to pierwsze. Nie będę ukrywał, że znajoma butelka podziałała jak amulet. ‘ Czy ktoś, kto popija sobie Leszka, może zrobić ci krzywdę?’ – pytałem się retorycznie idąc w stronę tajemniczej zjawy. ‘ Wszystko w porządku przyjacielu? ‘ – zapytałem, podchodząc całkiem blisko. ‘ Jasne, jak najbardziej. ‘ – odpowiedział jegomość, który był mniej więcej w moim wieku. Odpowiedział i siedział dalej zupełnie niewzruszony moim przybyciem. ‘ To całkiem niezłe piwo. Twoje ulubione? ‘ – zapytałem, nie dając za wygraną. ‘ Właściwie to nie, ale stało tutaj, więc piję. Siadaj. ‘ – powiedział nieznajomy. ‘ Na schodach ? ‘ – dopytywałem. ‘ Tak, szedłem do szpitala, patrzę butelka piwa. Pełna. Usiadłem i piję. ‘ ‘ Czy masz jakiś problem, że tutaj siedzisz, potrzebujesz pomocy? ‘. – zapytałem wprost zniecierpliwiony. Jegomość spojrzał na mnie z uśmiechem. ‘ Nie, wszystko jest ok. Siedzę sobie i piję piwo ‘. Usiadłem i zaczęliśmy rozmawiać. W ciągu kilku minut dowiedziałem się, że Martin, bo tak się nazywał, jest bezdomnym, choć właściwie bezdomnym z wyboru. Śpi w szpitalnej poczekalni, gdzie czasem pomaga przy rozładunku dostaw, za co obsługa nie robi mu problemów podczas nocnych dyżurów. Martin ma wprawdzie matkę i ojca, zresztą nie tylko ich. Oboje mają domy; ojciec jednak wyparł się go już dużo wcześniej i mieszka z nową rodziną, a matka robi mu całonocne awantury, bije, czym popadnie, wzywa policję, więc u niej przebywać też nie może. Martin chodzi po Belfaście, bez pracy, bez domu, odrzucony przez rodzinę, choć pewnie częściowo przez samego siebie. Co jednak znamienne, łagodna powierzchowność sprawia, że o wszystkich problemach opowiada z pewnym dystansem, jakby tylko opowiadał, a problemy dotyczyły kogoś innego. Słuchałem jego historii i wpatrywałem się w śnieg, który znów zaczął prószyć. Światło latarni dawało delikatny, gwieździsty poblask. Wraz z płatkami śniegu tworzyło to atmosferę oderwania od rzeczywistości. Nie chodzi nawet czy było tak naprawdę. Chodzi o to, że mi się tak wydawało. ‘ Chcesz trochę ? ‘ – zapytał w końcu podając mi butelkę. ‘ Jasne. Dzięki ‘ – odpowiedziałem i wziąłem spory łyk. Nie wiem czemu, ale właśnie w tej chwili przypomniał mi się jeden z najciekawszych snów jakie miałem w życiu. A było to tak:
‘ Najpierw szliśmy, ale coś nas zaskoczyło i nasz dwuosobowy aeroplan ruszył w drogę. Ja i mój przyjaciel. Ja trzymałem śmigło, a on trzymał mnie za nogi i kabinę ze skrzydłami. Najpierw lecieliśmy nisko i zupełnie wolno. Ciężko mi było przyzwyczaić się do trzymania śmigła, gdyż wirowało bardzo szybko i z początku bałem się, że się wyrwie, gdy będziemy się wznosić lub wykonywać akrobacje. Potem jednak oswoiłem się z nim. Czując się nieco pewniej wzbiliśmy się w górę. Mój przyjaciel śmiał się od ucha do ucha, dosłownie jak małe dziecko. Co jakiś, poruszał kabiną, która przypominała trochę dno kajaka, udając, że nasz mały dwu-płatowy samolot rozpada się w locie. Ja natomiast z wdzięcznością patrzyłem w niebo, jakby tam była zagadka naszej podniebnej podróży. Zresztą potem już nic nie miał znaczenia. Gdy wzbiliśmy się wyżej, delektowaliśmy się lotem. Błękit ponad głową i lśniący blask tej rozżarzonej kuli, dzięki której na ziemi istniało życie. Lecąc wyliśmy ze szczęścia na całe gardła. Przypuszczałem, a w zasadzie byłem pewien, że mieliśmy silnik od Porsche 905, o ile takie w ogóle kiedyś wyprodukowano. Byłem szczęśliwy. Nad ziemią nie czuło się lotu. Dopiero wyżej, daleko ponad drzewami, gdy czułem, jak silnik przyspiesza, a śmigło prawie wyrywa się z rąk. Byłem przekonany, że nie można tak latać, a jednak lecieliśmy. Po pewnym czasie dotarł do nas kolega, również stary przyjaciel, którego znaliśmy jeszcze ze studiów. Był w małym myśliwskim samolocie, który był cały pomalowany na żółto. Śmialiśmy się witając, a potem zaczęliśmy się ścigać. Cóż to był za wyścig! Najpierw to nasz samolot przyjacielskiego przymierza był szybszy. Potem jednak nasz druh leciał bardzo blisko i zobaczyłem, że też ma silnik od tego samego modelu samochodu. I wtedy zrównaliśmy się w locie. Następnie mój przyjaciel, który trzymał naszą kabinę, powiedział, że my przecież mamy słabszy silnik i jest nas dwóch i nie możemy lecieć tak szybko. Przez chwile przekonywałem go, że jednak nie i że wygramy. Ale niestety silnik zwolnił i dałem za wygraną. Nasz drugi przyjaciel przyspieszył, zapikował i runął w dół w kierunku ziemi. Rzeczywiście dalszy wyścig z nim nie miał już takiego sensu, jak wcześniej. Ale o to przed nami wyrosła góra! Gwałtownie podniosłem śmigło abyśmy się wzbijali. Lecieliśmy wprost na wielki dąb rosnący przy drodze. Nie czułem strachu, raczej fantazyjną dziecięcą radość, jak z jazdy na rowerze, kiedy bez strachu pokonuje się każdy zakręt. I rzeczywiście wzlecieliśmy między konary, a potem gwałtownie do góry. Lecieliśmy szybko, a jednak udało mi się dostrzec coś na gałęzi. Był to mały worek smacznych gruszek, i rozłożony parasol. ‘Parasol?’- pomyślałem zaskoczony, ale już nie musiałem myśleć. Łagodnie opadałem uniesiony lekkim wiatrem, trzymając w reku metalową rączkę.’
Ocknąłem się. Martina już nie było. Rozejrzałem się dookoła. Nie było śladów żeby odchodził. Śnieg wciąż prószył, ale czy mógł je zasypać wystarczająco szybko? Wstałem i rozglądałem się jeszcze chwile. Po plecach przechodził mi zimny dreszcz. Jedynie zielonkawa butelka stała jak wcześniej. Przyglądałem się jeszcze, jak jej nienaturalnie zielona poświata zmienia kolor śniegu. Potem usłyszałem dzwony, które wybijały godzinę dziewiątą. Obejrzałem się jeszcze kilka raz za siebie, zanim wsiadłem do przyjemnie ciepłego wnętrza samochodu. Wciąż rozglądałem się po Mount Charles. Nikogo jednak już tam nie widziałem.
Radosław Żubrycki 2010
Tekst jest oryginalnym dziełem autora. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje, całości lub fragmentów bez konsultacji z autorem będą traktowane jako naruszenie praw autorskich i majątkowych.
_______________________________________________________________________________
Tekst jest oryginalnym dziełem. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje jedynie po konsultacjach z autorem. rad_zubr@yahoo.com www.radoslawzubrycki.com www.cattonii.com 2010 |